reklama

„Mamma mia!” czyli musicalowy zawrót głowy w Łodzi

Autor: Krzysztof Korwin-Piotrowski

fot. Photo Ballet / Teatr Muzyczny w Łodzi

Siedziałem na widowni Teatru Muzycznego w Łodzi, obserwując reakcje publiczności. Słychać było spontaniczne reakcje śmiechu, radości, entuzjazmu. Udzielił mi się ten miły nastrój i nie zamierzałem szukać w spektaklu „Mamma Mia!” drugiego dna. Jest to rodzaj rozrywkowego musicalu, który ma na celu sprawić, aby widzowie byli zadowoleni i mieli trochę wzruszenia. Historyjka o dziewczynie, która szuka własnego ojca, ma w sobie coś poruszającego. Sophie (Kamila Najduk) odnajduje pamiętnik swojej matki Donny, który dokumentuje jej krótkie związki erotyczne z trzema mężczyznami. Sophie zaprasza więc na swój ślub trzech potencjalnych ojców (Sama, Billa i Harry’ego), z czego wynika ciąg rozmaitych nieporozumień. Akcja biegnie wartko.

Reżyser Jakub Szydłowski tworzy spektakle dla masowej widowni teatralnej. Celem jest pewnie to, aby widowisko zobaczyło kilkadziesiąt tysięcy widzów. Bilety sprzedają się świetnie, więc raczej nie będzie z tym problemu. Na styczniowe przedstawienia wszystkie miejsca są już zarezerwowane i trzeba polować na zwroty.

Generalnie przedstawienie mi się podobało, choć w pierwszym akcie według mnie było za dużo gagów, ocierających się o farsowe przerysowanie. Trudno jest na przykład pokazać pastisz amatorskiego występu, ponieważ może szybko przerodzić się w parodię albo nawet groteskę.

Tak było z show trzech przyjaciółek, które w sypialni Donny przypomniały sobie dawne lata, gdy jako  młode kobiety i występowały razem w zespole. Pojawiła się cienka granica pomiędzy show zespołu Donna i Dynamitki a tzw. normalnym zachowaniem, które również zostało narysowane grubą kreską. Trzy bohaterki, grające w stylu farsowym, zdobyły jednak sympatię publiczności. Są przecież dobrymi aktorkami: Karolina Trębacz (również świetna wokalnie) jako Donna, Małgorzata Regent jako Tanya i Anna Andrzejewska w roli Rosie. Ciekawie zaprezentowała się para młodych narzeczonych – wspomniana Kamila Najduk w roli Sophie i Wojciech Kurcjusz jako Sky. Jest w ich grze aktorskiej świeżość i urok, a wokalnie i tanecznie są również bardzo uzdolnieni.

Zabawny tercet tworzą panowie, którzy mieli 20 lat temu romans z Donną. Każdy z nich pokazuje na scenie swoją osobowość i temperament, a także wielokrotnie pojawia się motyw zazdrości i rywalizacji. Rafał Drozd wcielił się w Sama, Klaudiusz Kaufmann – w Harry’ego, a Jacek Lenartowicz – w Billa. Warto zwrócić uwagę tylko na jeden problem: chwilami trudno było zrozumieć dokładnie słowa kilku głównych bohaterów. Czy to dykcja czy nagłośnienie?

Wiele dowcipnych sytuacji scenicznych sprawiało, że tempo spektaklu było bardzo dobre. Do tego przeboje zespołu ABBA świetnie wpasowywały się w akcję. ABBA działała w latach 1972-1982. Musical „Mamma mia!”, do którego libretto napisała Catherine Johnson, wykorzystuje popularną muzykę skomponowaną przez Benny’ego Andersona i Björna Ulvaeusa. Prapremiera w 1999 roku w Londynie okazała się wielkim sukcesem. Ten tytuł szybko trafił także na afisz do USA na wiele lat. W 2015 roku odbyła się polska prapremiera w warszawskim Teatrze ROMA, w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego, w świetnym przekładzie Daniela Wyszogrodzkiego, który został wykorzystany także w Łodzi. Miliony ludzi na świecie obejrzały także filmową wersję „Mamma Mia!” z 2008 roku, z rewelacyjną Meryl Streep w roli Donny.

Wracając do łódzkiego spektaklu, kierownictwo muzyczne objął Tomasz Szymuś, który bardzo dobrze poradził sobie z tym musicalem. Scenograf Grzegorz Policiński umiejętnie przeniósł nas na grecką wyspę, ze specyficznymi domami i dominującymi kolorami – białym i niebieskim oraz wiszącymi kwiatami. Były też charakterystyczne dzwony umieszczone w kilku miejscach, a nie tylko na wieży kościoła. Kobiety ubrane na czarno też dodawały kolorytu lokalnego. Kostiumy zaprojektowane przez Dorotę Sabak-Ciołkosz pokazały całe szaleństwo przebieranek i nawiązywały do stylistyki ubioru zespołu ABBA.

Jeśli choreografia Karoliny Rejnus miała pokazać spontaniczność, to się udało, choć chwilami trochę mnie męczył widok, gdy różne podgrupy wykonywały rozmaite układy w tym samym czasie. Generalne wrażenie było jednak dobre. Nie można odmówić choreografce kreatywności i znakomitych pomysłów, jak na przykład: taniec z płetwami, slow motion czy niesamowity finał i bardzo rozbudowane bisy. Widać też, że zgrany zespół na scenie daje z siebie wszystko, aby zadowolić widzów. Do tego muzycy również mają mnóstwo pracy w tym spektaklu i dzielnie się spisują.

Długa scena ślubu z udziałem młodego, trochę zestresowanego i nieporadnego księdza, którego nikt nie słucha, była pełna humoru i zaskoczeń. Natomiast najbardziej poruszający w spektaklu stał się song Donny z drugiego aktu, obudowany dwoma świetnymi duetami. Niektórzy widzowie wzruszyli się do łez, a wykonanie było znakomite. To dowód, że nawet w najbardziej nastawionym na rozrywkę spektaklu warto dać ludziom chwilę prawdziwego wzruszenia.

 

Chętnie zobaczyłbym jeszcze w obsadzie m.in.: Katarzynę Hołub, Annę Gigiel, Janusza Krucińskiego, Marcina Jajkiewicza. Spektakl okazał się sukcesem i tłumy ludzi go zobaczą, wychodząc z uśmiechniętymi twarzami. Widownia będzie pełna na spektaklach w styczniu i maju 2026 roku i zapewne przez kilka najbliższych sezonów.